Konsumpcjonizm wydawał się martwym spojrzeniem na sztukę.
Zgromadzeni przestali podziwiać wyeksploatowane piękno, koncentrując uwagę na wycinanych wzorach. Poplamione sączki nieodmiennie lądowały w koszu. Nikt się nie spieszył, a jedynym rozpoznawalnym dźwiękiem był odgłos przełykanej śliny. Maniakalny Kaligraf posługiwał się skalpelem z precyzją godną chirurga i na świat przychodziły sprawnie, jedna po drugiej.
Litery. W starogermańskim narzeczu, używanym zbyt rzadko, by ktokolwiek pamiętał, co znaczą, zadawały kłam opus dei gapiów. Jak dermatologiczny rejestr skaz przekazywały informacje o pochodzeniu i odwiecznych korelacjach najpodlejszych ze stworzeń. Tu ślad się urywa. Znaczenia rozpadają się na symbole. Symbole na gesty. Wycięte najwcześniej przestały już ociekać, a popyt na kontrowersję nie malał, lecz, wręcz przeciwnie, wzrastał z każdą spływającą po skroni kroplą.
Co robić, gdy oczywistym staje się mieszanie smaków? Dochodzi czwarta i przezroczysty, żółtawy płyn zmywa resztki zaschniętych spekulacji. Cut me up, baby, cut me up.
2011