zdążyłam na wenus. wisiała całkiem
majestatycznie, opierając się o krawędź wieżowca. nigdy tam nie byłam. ma
jedenaście pięter i kamienne schody. schody wiodą w górę lub w dół w zależności
od aktualnego nastroju, można nimi też wejść (jeśli ma się po co) albo zejść
(nigdy nie wiesz jak nisko) a nawet można stanąć w połowie i udawać, że
znalazło się swoje własne miejsce. zatem stoisz sobie na tych schodach do wenus
i myślisz jestem. czujesz się pewnie, bo parter dawno już za tobą,
jest ciepło i bezpiecznie, są ludzie. co prawda mijają cię jedynie w pospiechu
albo po prostu, korzystając z wind, gubią kolejne pietra i subpiętra, nie
wiedząc nawet o ich istnieniu. ze wszystkich nieprecyzyjnych pojęć wyłania się
potrzeba sprawdzenia. co jest wyżej? czym jest wyżej? czy wyżej istnieje, czy
tylko pobłyskuje w polu widzenia, by zniknąć z następnym latem? więc znów
wchodzisz, chociaż dawno nie masz już stóp. stop! rozwieszam piersi nad twoją
twarzą. nie kusi mnie wenus. kusi mnie dach.
2014