Leżał
spokojnie. Ani drgnął, kiedy weszła. Może dlatego, że jeszcze na schodach
zdjęła buty, nie chcąc zakłócać wczesnoporannej ciszy. Czerwone szpilki. Teraz –
trzymane w dłoni – były jak wszystkie letnie wieczory spędzane w jego
mieszkaniu, jak dywan, w który wpadała po kostki, po kolana, i nigdy głębiej.
Przez moment sądziła, że ruszył dłonią. Znała ten gest. Znała na pamięć każdy
zakamarek salonu, począwszy od postrzępionego wełnianego chodnika pod
monumentalną ławą, a skończywszy na wycieraczce. To tutaj pozwalał jej czekać
na ciąg dalszy - ten następował nieuchronnie i wciąż w nietrafionej kolejności.
Kopulacja, kolacja, czasami krótka rozmowa o czymś, co nie niosłoby ze sobą
konieczności pamiętania nazwisk. Była więc pogoda, były nowe kolczyki, ostatni
pokaz dla Vogue’a – nic ponadto. Dbał, by żadna chwila nie stała się tą
wiążącą. To tylko cień. Wiatr poruszył firanką i wzdłuż linii kciuka światło
utworzyło hybrydę. Ręka tkwiła nieruchomo, wsparta na reliefowanej dębowej krawędzi.
Sprawiał wrażenie zrelaksowanego. Cokolwiek działo się po drugiej stronie,
zostało skwitowane jedynie sennym kpiącym uśmiechem. Tak – skonstatowała – nawet w trumnie jest martwy odrobinę mniej niż za życia.
2013