harmonia soku owocowego przemawia tak
realnie, że kiedy zaglądam w twarze malinom
i ja zawisam pośród cierni, by dojrzeć tego lata.
nie jest ukochana, nie łączy jej zapachów
w ponumerowanych dzbankach, a ograniczone
powiekami błękity nie rejestrują pojedynczych
punktów oscylujących wokół ostatniego obrazu.
a może powrócę jako drzewo, to samo, które
sadziłeś, żeby dopełnić prastarej zasady ojców,
wątłe i skłonne do przeziębień, z wiecznie
posiniaczonymi konarami i głową pełną liści.
nie sprawdza wieczornym rytuałem, czy drzwi
zamknięte, nie układa się do snu w znajomym
zagłębieniu, nie jest radiatorem, nie chłonie
już ciepła ani nie przewodzi rozkojarzeń.
w zapieczętowanych pojemnikach źle więc
udaję, że oddycham tym zarysem plagiatu,
tymczasem kwarc za kwarcem wysypując się
przez ostateczną szczelinę między ur i na,
ponad literami naszego nazwiska - uciekam.
2011