wchodzenie
i wychodzenie. wejdź i rozgość się. poczuj jak u siebie w moich
betonowych ustach, ciepło-zimnych, dawno wyeksploatowanych przez szukających
prawd. prawd, które kurczyły się nieodmiennie, kończyły dokładnie tam, białymi
plamami się kończyły na czarnym czarnym podniebieniu. pomyśl. przez chwilę będę
tu sama. zanim znajdziesz, nim odrzucisz podręczne schematy, odłupiesz pokłady
hipokryzji. przechadzam się właśnie z tej czerni w biel, z siebie w siebie
przelewam. czekam. sprawdzam, czy boli taka lepsja, czy da się obliczyć szansę,
że zajrzysz i zostawisz ślad. ucho przyłożone do torowiska szczypie - zimna
szyna, zimna. miękka i głucha jakby. kurczę, a może to trochę tak, że z wiekiem
człowiek staje się kolekcjonerem marnych filozofii – karmi ptaki, ogląda
brazylijskie seriale, i w ciepłych pantoflach zastanawia się, gdzie byłby
teraz, gdyby dwadzieścia lat temu poszedł w inną stronę. błyski. nadal
wybucham, ale stygnę w mgnieniu oka. wszystko przecież da się ostatecznie
przespać, rozchodzić, udać, że cytryny są słodkie, a znaczenie ma znaczenie.
przychodzą takie dni, że zapominam, jak smakuje cisza. wtedy wychodzę.
najczęściej jednak wysiadam.
2014