czwartek, 2 listopada 2017

at tarik




jestem - twoim światłem jestem
skradasz po mnie się i kiedy
myślisz mam cię pyłem gwiezdnym
z dłoni spadam prosto w niebyt

słowem - jednym nie ogarniesz
jak ogarnąć galaktykę
gdy feeria słów opadnie
z dłoni sypiąc się przesmykiem

ciałem - z myśli rozrzuconych
sto tysięcy mil od ciebie
dmucha Nyks we wszystkie strony
z dłoni siejąc gwiazd zarzewie

będę - jeszcze kiedyś będę
lotnym stanem ciekłym stałym
blisko bliżej tu a przestrzeń
z dłoni złożę w nowy amin


już cię nie czuję - wiem że jeszcze jesteś
drzwi skrzypią nocą i na pokuszenie
wodzisz mnie w pole - jam już dawno ślepcem
sen to czy jawa - sam dokładnie nie wiem

idę za tobą - albo tylko marzę
nie odrywając stopy od przestrzeni
zanim się ocknę - biały martwy karzeł
 - po twoim jestem zniknie nawet menisk




2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

moskwy






półmoskwa a może to brus śnię jedynie
punkt wyjścia czy jednak to punkt zaczepienia
co niesiesz wektorze i jak mam cię dodać
do siebie gdy wszystko co dodam gdzieś ginie

czy plus to czy minus skalarem nieznanym
próbujesz zawrócić bez zmiany modułu
szczegółu uchwycon w dół brzucha i niżej
nadrzędne współrzędne wyznaczyć udami

co niesiesz jak szybko i z jakim impetem
na mgnienie znów moskwa (to puch dookoła?)
śnieg sypie ja czekam żar leje się z nieba
(to mlecze – przekwitłe a jednak wciąż mlecze)

***

zapomnieć początek wymazać tę jesień
dwie części obwiesić na grocie jak gdyby
ktoś z nas mógł je zeszyć tą moskwą tym śniegiem
tym ściegiem swobodnym ode mnie do ciebie

ja ziemia ja wieczność ty kręt i kierunek
z a punktu do punktu przy którym chcę czekać
i to co pomiędzy – ogarnąć nie umiem
wystarczy że myślisz 
wystarczy że czuję





2017

piątek, 28 lipca 2017

or to dok syj ni





mówią: tańczymy w rytmie naprzemiennych odejść. pardon! - ja nie tańczę i tobie też daleko; zdarza nam się jedynie okazjonalnie tupnąć. głównie jednak podpieramy ściany. okoliczne tse-tse uwielbiają głaskać skrzydła i podobno po czterdziestym głasku stają się motylami. nie sprawdzam na sobie: oboje porastamy zasadami jak mchem - wyrosną na nas drzewa
(zerwiemy z nich
 niepomni
 że zgryziony orzech krwawi jeszcze mocniej)








2017

niedziela, 18 czerwca 2017

żeńcy




u schyłku wiosny kiedy sianokosy
śniło się duszy że posiada ciało
ciężkie od kropel po bezsennej nocy
z wielu uniesień poskładane w całość

w zaspany lazur co ni na sekundę
nie zmrużył oka przepełniony strachem
że jutro przyjdą przyjdzie jutro umrzeć
błahą być stratą pośród tylu straceń

nad nami złoty sierp szykuje ostrze
ruchome pole majaczy cykadą
i tylko dusza śni że będzie dobrze
a nam jest mało 
nam jest ciągle mało

płodzimy sny  
te - wbrew oczekiwaniom
za sierpem gonią gonią za księżycem
i choć skoszone dawno -
odrastają
barwnym łubinem stając się o świcie


2017                                                                              
fot.M.

środa, 24 maja 2017

serce jest plamką na mózgu*

źródło:http://www.portal-pisarski.pl/galeria/zdjecie/5167

i przyjdzie na pewno na zawsze ta noc
na każdą minutę ze stali
że spadną nam wszystkie planety lecz chodź
dziś jeszcze będziemy się bawić

---

stukamy krawędzią rozstania o czerń
gniew topi nam stopy i nagle
pod korą głęboko ty czujesz ja wiem
kiełkuje le coeur w mały fragment

nie dendron a jednak rozrasta się chwast
na przekór przybiera kształt serca
nie chwycisz nie wyrwiesz obrona bez szans
gdy czułość umiera najpierwsza

po wszystkim krzyczymy ty głośniej niż ja
krzyk spływa i drży na powiece
a w głowie jak w klatce kołacze się żal
ten ptak który nie chce odlecieć



* Marcin Świetlicki ('Anioł/Trup')

2017

poniedziałek, 1 maja 2017

maki

fot.MM..







jeśli spadać to z wysoka
szczytem szczytu będąc w pełni
za porożem księżycowym móc się schować
i gdy przyjdzie z rosą w pępku
wu godzina flagę zdejmij
niech celują niech od ziaren pęka głowa

śnią się maki jak tatarak
ciche mokre i bezbronne
puste w środku łodygami znaczą zenit
lata świetlne dzierżą czerwień
nim w powietrzną wzbiją trąbę
nim się pustka gdzieś w przeponie ukorzeni

jeszcze wczoraj takie piękne
lecz im więcej w sercach czerni
tym makówkom bardziej w niczym jest do twarzy
ziarnem skryją się pod ziemią
ziemia miłość odwzajemni
tunelami żył przetoczy jak karmazyn




2017

sobota, 18 marca 2017

nie mam nie




na dobranoc prosto w głowę
między oczy i na wylot
we mnie pręży się podłoga
milihenry we mnie płyną

czule trafiać raz za razem
z takiej pasji arcydzieła
z lewej za a biję z prawej
o podłogę pięści zdzierać

czy to ściana wpół pęknięta
czy to ledwie bruzda w ścianie
wsiąkam w dywan z głową w rękach
jestem tutaj tylko prawie

prawie czujesz pod palcami
strach nie było dotąd strachu
dłoń zaciska się na szyi
zachód źrenic piękny zachód

prawie wierzę że coś znaczę
znacząc sobą pierwszą z planet
blisko słońca ciepło cieplej
zimno mi 
nie zimno 
wcale


2017

poniedziałek, 20 lutego 2017

pit-a-pat





siedząc przez lata na jednej wspólnej gałęzi, zostawiamy ślad. kora w tym miejscu jest bardziej wytarta, ale sama gałąź, wbrew pozorom, nie słabnie – przyrasta, adkrustowana wylewanym brudem kurzem z nieczynnych piór

te zanikają po stronie, z której mamy do siebie bliżej
wzajemne ciepło chroni nas jeszcze w momencie siedzenia, trzyma nas jeszcze a potem my się trzymamy tego ciepła, suchych śladów, wilgotnych śladów, gałęzi i drgań

to gruby konar

czasami jedyną szansą na lot jest spadanie









2017

czwartek, 3 listopada 2016

ulro



nad doliną jozafata
czerń i biel o puchar wiosny
kruszą kopie mnie i ciebie
zgarniam z czoła siwy kosmyk
zobacz lecą na południe
czy to liście czy to wróble

ściskasz mocno do popiołu
i nie zimno nam już wcale
nic że tłuką się policzki
że z paliczków w nagły zamęt
puzzle części kwarce śniegi
nie wiem byt to wciąż czy niebyt

wymieszani pomyleni
z próżnych w puste przesypani
nie potrafiąc się podzielić
sobą z wiatrem hen wzbijamy
w bury tajfun wierząc złudnie

że to liście albo wróble




2016

niedziela, 2 października 2016

pierdylion kursów na cztery pe




rozpalanie ogniska w domu bywa niebezpieczne, mówi hestia, opatrując poparzone dłonie. podmucham i pocałuję, obiecał notos w południe, jednak południe na południu, o tej porze gry, wypada zawsze po zmroku. nocą budzi się hestia i nikt nie dmucha, a przecież przed chwilą była młoda i rumieniła się, gdy koledzy zapisywali na szkolnych ławkach jej inicjały. tak. teraz jedynie rozpala ogniska - im więcej, tym są mniejsze, tym trudniej upilnować, by nie zgasły. ręce spalone do kości, ale lubimy udawać, że wciąż ma skórę, gładką, zajedwabiście gładką, cierpliwą. kolejny poranek przynosi tylko siedemdziesiąt dziewięć nowych stopni i starą ciszę. nawet cerber nie szczeka. wie już, że tam, gdzie śpimy 
jest dom.









2016