"I stało się z wieczora, a z jutra dzień trzeci"
w poniedziałki przygotowuję leżankę i zanim
minie upojna godzina, wiem o tobie niemal
wszystko. od konsekwencji nieotrzymanego
awansu po dokładny czas, w jakim kończysz
pracę. we wtorki zakładam czarny uniform,
koloratkę na wysokości uda - prężąc język,
spowiadasz się: co, jak, i dlaczego nie z nią.
każdej środy bywam sekretarką w okularach
absurdu. kładę na biurko i bierzesz, faktura
po fakturze, a moje usta dbają, by nie uronić
ani jednej. co czwartek zaplatam warkoczyki
i sznuruję trampki, pojękując rytmicznie, kiedy
wymierzasz mi karę, linijką na goły pośladek.
w piątki owocuję w przyspieszonym tempie.
pozwalam gryźć i smakować tę cierpkość
długich, zgorzkniałych nocy. adkrustowana
kaigrek, zsuwam się z bioder lub wymykam
na samo dno. soboty przelatuję jako ćma.
w twojej celi namiętność staje się matrycą
kopulacji. dopalasz. dwudziestu czterech
marnych godzin potrzebuję, by powstać
z popiołów. otrzepuję skrzydła i wychodzę.
wtedy mówisz:
taki lajf.
w poniedziałki przygotowuję leżankę i zanim
minie upojna godzina, wiem o tobie niemal
wszystko. od konsekwencji nieotrzymanego
awansu po dokładny czas, w jakim kończysz
pracę. we wtorki zakładam czarny uniform,
koloratkę na wysokości uda - prężąc język,
spowiadasz się: co, jak, i dlaczego nie z nią.
każdej środy bywam sekretarką w okularach
absurdu. kładę na biurko i bierzesz, faktura
po fakturze, a moje usta dbają, by nie uronić
ani jednej. co czwartek zaplatam warkoczyki
i sznuruję trampki, pojękując rytmicznie, kiedy
wymierzasz mi karę, linijką na goły pośladek.
w piątki owocuję w przyspieszonym tempie.
pozwalam gryźć i smakować tę cierpkość
długich, zgorzkniałych nocy. adkrustowana
kaigrek, zsuwam się z bioder lub wymykam
na samo dno. soboty przelatuję jako ćma.
w twojej celi namiętność staje się matrycą
kopulacji. dopalasz. dwudziestu czterech
marnych godzin potrzebuję, by powstać
z popiołów. otrzepuję skrzydła i wychodzę.
wtedy mówisz:
taki lajf.
2011