to było jak strata.
należysz do mnie. nie jako własność, a z wyboru. nie jako wypełnienie, a część całości. nie sięgasz, nie dotykasz środka, tam już nie ma, nie ma dla ciebie miejsca. należysz. i ja przez chwilę należę do twojego poukładanego świata.
dziesięć chińskich smoków, dziesięć ogromnych pomarańczowo-czerwonych lampionów, okrągłych brył zawieszonych na kruchych zapałkach drzew. pod nimi rzeka. niesubordynowany plazmatyczny ciek. znów biegniemy. biegniesz. biegnie ktoś po drugiej stronie, równolegle, szary i blady, szara i blada, z włosami koloru ziemi. dogania nas, dotrzymuje tempa, wyprzedza, ufnie wyciąga ręce - sięgają od brzegu do brzegu. twoja wysuwa się z mojej. za późno, by zniknąć i nawet tego nie chcesz. wysuwa się wcale nie sama - uwiera taka świadomość. smoki sieją defetyzm. a mimo to, kiedy wreszcie zapominam cię kochać,
wymiękasz i wymierasz.
2014
2014