w przededniu sławy nie zamykam drzwi na klucz
lecz nawet teraz czekam z rozpostartymi rzęsami
trzepocząc w niemym zaskoczeniu że to jeszcze
nie twoje kroki na schodach. tymczasem niczego
mi nie ułatwiasz kiedy wstaję z przyzwyczajenia
wpisując w letni krajobraz wszystkie zbyt hojnie
przegapione chwile pozostawione w tym domu
niczym muchy złapane na lep. przeładuj chociaż
raz we właściwym momencie zamiast wyrzucać
seriami to co przemilczane zalega dość nachalnie
jak słowo które ciałem się stało przekazywanym
jak słowo które ciałem się stało przekazywanym
z rąk do rąk używanym przy byle okazji za drobną
opłatą i wynoszonym na piedestały. znużona
wszechobecną hipokryzją wychwytuję odgłosy
kroków by odliczać od stu ku niepoliczalności
strugi tuszu mnożyć kółka z papierosowego dymu
potykać i przewracać co łzę. zwerbowany
poklask przywdział ostatnią maskę.
2011