wiosna to taka pora roku, kiedy nad moim blokiem, prócz gołębi, samolotów, wron, kawek, samolotów, srok i samolotów, zaczynają pojawiać się kaczki. wcale nie sznurem, o nie! najczęściej w pojedynkę - wiadomo, łódź miastem singli i kulejącej demografii. latają ciężko, z wysiłkiem, jakby to nie serce pompowało im krew do naczyń, a właśnie uderzenia skrzydeł. zamierają na pobliskich łęgach, których jeszcze nie ma w tym roku i - kto wie - może już nie będzie, z racji bezśnieżnej zimy. tak czy inaczej, wybierają sobie miejsca w ostatnich zielonych częściach aglomeracji: stawach, stawikach czy, chociażby, wypełnionych deszczówką i glonem zewnętrznych basenach fali. adaptacja do nowego otoczenia przebiega nader szybko i pomyślnie. znajdują sobie zajęcie. ciężka to praca, nurkować w poszukiwaniu niczego. ale kaczki są uparte, a możliwe, że zwyczajnie głupie, trąc dziobem kolejny raz o dno. mijają dni - pamięć gatunkowa pozwala przetrwać najchłodniejszy początkowy miesiąc. środowisko zagęszcza się, zdobywanie pokarmu przychodzi z łatwością, wieczory stają się ciepłe i puste, noce ciągle zbyt młode, by można było w nie wejść bez widma prokuratora. stawy, żywe za dnia, po zmroku zaczynają pustoszeć - to znak - zbliża się okres łowny. puby, knajpy i kluby pełne są teraz naelektryzowanych kaczek, kaczek świeżo opierzonych , bezpiórych kaczek-lemingów. przychodzą też myśliwi. każdego ranka pływa po stawie coraz mniej samców i samic, a jednak jeszcze długo, długo nic się nie zmienia. nadal obserwuję, jak przelatują nad moim blokiem, kiedy tylko zaczyna porządnie szarzeć. w pogodne dni wybieram się na spacer. liczę kaczki. te, które ocalały, posłusznie dobierają się w pary. to okres lęgu.
2014