czwartek, 1 sierpnia 2013

szpilki






Leżał spokojnie. Ani drgnął, kiedy weszła. Może dlatego, że jeszcze na schodach zdjęła buty, nie chcąc zakłócać wczesnoporannej ciszy. Czerwone szpilki. Teraz – trzymane w dłoni – były jak wszystkie letnie wieczory spędzane w jego mieszkaniu, jak dywan, w który wpadała po kostki, po kolana, i nigdy głębiej. Przez moment sądziła, że ruszył dłonią. Znała ten gest. Znała na pamięć każdy zakamarek salonu, począwszy od postrzępionego wełnianego chodnika pod monumentalną ławą, a skończywszy na wycieraczce. To tutaj pozwalał jej czekać na ciąg dalszy - ten następował nieuchronnie i wciąż w nietrafionej kolejności. Kopulacja, kolacja, czasami krótka rozmowa o czymś, co nie niosłoby ze sobą konieczności pamiętania nazwisk. Była więc pogoda, były nowe kolczyki, ostatni pokaz dla Vogue’a – nic ponadto. Dbał, by żadna chwila nie stała się tą wiążącą. To tylko cień. Wiatr poruszył firanką i wzdłuż linii kciuka światło utworzyło hybrydę. Ręka tkwiła nieruchomo, wsparta na reliefowanej dębowej krawędzi. Sprawiał wrażenie zrelaksowanego. Cokolwiek działo się po drugiej stronie, zostało skwitowane jedynie sennym kpiącym uśmiechem. Tak – skonstatowała – nawet w trumnie jest martwy odrobinę mniej niż za życia.







2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz