marzę o cofnięciu czasu. - napisał jakiś palant. chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu, jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku. marzymy zazwyczaj o czymś nierealnym, mniej realnym, potencjalnie nieosiągalnym albo przynajmniej nieosiągalnym na tyle, by pozostawało jedynie w tym bliżej nieogarniętym przedziale iluzji. rzeczy realne planujemy, określamy miejsce i czas, wciskamy w sztywne ramy codzienności. komplikacje zaczynają się wtedy, kiedy taki, dajmy na to, janusz leon wiśniewski, próbuje cofnąć czas, chciałby cofnąć czas, żałuje, że tego czasu nie cofnął, na siłę i na ślepo przekłada z puli niedostępne do puli możliwe. wtedy życie potyka się o życie, zapętla, układa w wir, a raz puszczone, jak perpetuum mobile, wciąga w ten niekończący się trans ciebie, mnie, ją, tego pana i tamtą panią. haaalo, dzień dobry! przepraszam pana, mam takie małe, pierdolone pytanko, zanim pan przepadnie. niech pan powie, czy warto. czy warto komplikować? jaki sens ma odrywanie się od tego, co znamy, od ciepłego i bezpiecznego gówna i ściganie się z losem, wydzieranie mu praw do porcelanowych krzeseł, wynoszenie na piedestał tego, co w setkach tysięcy ust uczyni nas sybarytami w najlepszym przypadku, hedonistami, czy, po mojemu, chamami i burakami? pan milczy? nie wie pan. no cóż - więc ja panu powiem. otóż warto. istnieje bowiem coś takiego, co nazywamy stanem splątanym. jak cząsteczki w kosmosie szukamy, dryfujemy, zmawiamy modlitwę o komplementarność lub litanię do chuja pana. i nic. ale przychodzi taki dzień, kiedy okazuje się, że wypełnienie tej wszechobecnej pustki jest w zasięgu ręki. genialnie! - myślimy - mam wreszcie coś, co sprawia, że żyję całym sobą - rozglądamy się entuzjastycznie dookoła. dom? no fajny, ale nie o to chodziło. żona? kochasz ją jeszcze albo już albo sam nie pamiętasz, czy w ogóle miało to kiedykolwiek znaczenie. dzieci? powód do dumy, oczywiście, ambicja i nadzieja, a jednak troska o owe tkwi priorytetem w zupełnie innym, ziemskim wymiarze. a więc przychodzi taki moment, kiedy pierdolisz id, ego i superego, ruchasz w dupę freuda i zaczynasz odkrywać, że jest jeszcze inny poziom egzystencji. stan, w którym dopiero zaczynasz istnieć, zaczynacie nieistnieć, ja i ty zaczynamy istnieć jako całość. bez marzeń. bez planów. bez cofania czasu. równolegle.
wystarczy tyle?
2014
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz